Budapeszt

Ah co za miejsce! Przylecieliśmy w piątek w nocy na weekend. Mieszkanie wynajęte w samym centrum żeby było blisko wszędzie, do tego bardzo czyste, naprawdę spoko, trochę nawet z widokiem na Dunaj, chociaż w większej części na brudny Marriott.

Sobota rano. Zielona herbata, ciepłe ubranie, kurtka przeciwdeszczowa bo pada i w miasto. Zaczęliśmy od śniadania w Café Gerloczy. Bardzo blisko, choć nie na głównej ulicy, taka trochę schowana knajpeczka. Ale jaka! Obsługa oldschoolowa w koszulach i muszkach, przemiła i wszyscy mówią po angielsku. Wystrój zupełnie nie w moim stylu, ale jak się wchodzi to czuć ducha tej knajpy. Ciepłe światło, stoliki, skórzane kanapy, jakieś obrazy na ścianach, niby nic a jednak klimat jest. W środku pełno ludzi. Siadamy przy stoliku, i po złożeniu zamówienia, na naszym stole ląduje przepyszny chleb z suszonymi pomidorami i chleb z oliwkami. Wypiekają chleby na miejscu, dlatego takie pyszne, a do tego zamówiona herbata i jajka. Wszystko naprawdę smaczne, palce lizać. A ceny? Niby knajpa ze średniej półki cenowej, ale zapłaciliśmy ok. 15 euro za dwie osoby, więc ja akurat uważam, że to tanio jak na śniadanie w knajpie. Było bardzo przyjemnie i smacznie. Wystarczy dodać, że na niedzielne śniadanie też tam poszliśmy. Polecam i żałuję, że nie mieliśmy więcej czasu, bo mieli przepysznie wyglądające ciasta. Ah, jeśli będę kiedyś w Budapeszcie to na pewno tam wrócę.

IMGP6093
IMGP6099

Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy w drogę. Zwiedzaliśmy Budapeszt na piechotę i w samą sobotę przeszliśmy 21 km!! Miasto czyste, mili ludzie, mnóstwo fajnych ulicznych rzeźb, które nadają klimat. Przepiękny Parlament, który wygląda imponująco wieczorem bo jest cały podświetlony. Ładny Hero’s Square ale trochę dalej więc najlepiej metrem pojechać. My o tym nie wiedzieliśmy i poszliśmy na piechotę….. W drogę powrotną byliśmy mądrzejsi i wróciliśmy metrem, które też zrobiło wrażenie. Zupełnie inne niż wszystkie, które do tej pory widziałam. Takie małe, z klimatem, śmieszne w sumie. Chain Bridge super na wieczorny spacer, bo też podświetlony i przepięknie wygląda. Oczywiście na liście do zwiedzania też była Opera i Bazylika Św. Stefana. Przez to, że padał deszcz całą sobotę, to nie poszliśmy na Wzgórze Gellerta – ale to następnym razem.

IMGP6236

IMGP6263

Byłam pod wrażeniem miasta, ta przestrzeń, klimat, piękne budynki, naprawdę super. Jedynie pogoda nam nie dopisała, bo cały czas padał deszcz. Myślę, że w lato Budapeszt musi wyglądać zjawiskowo.

IMGP6299

IMGP6319

IMGP6329

Sobotni obiad zjedliśmy niedaleko bazyliki i w bardzo fancy miejscu – Italiano, na ul. October 6. Nie lubię takich miejsc, ale trafiliśmy tu zupełnie przypadkiem, bo padało i nie chciało nam się długo szukać. Nic specjalnego, dobre jedzenie ale drogo i widać, że to biznes na masówkę, zero klimatu. Nie polecam.

Kolację za to zjedliśmy w Napfényes Ízek, wegetariańskiej/wegańskiej knajpie. Wystrój bardzo średni, trochę wygląda jak typowa stołówka, mało romantyczne miejsce na kolacje. Nie sprzedają też alkoholu, a zwróciłam na to uwagę, bo jak nigdy, po całym dniu chodzenia, miałam straszną ochotę na węgierskie piwo. Ale za to jedzenie bardzo smaczne. Wzięliśmy wegetariańską wersję gulaszu z frytkami i pieczone warzywa z seitanem. Naprawdę pożywne i smaczne jedzenie. Wróciliśmy tutaj też na lunch w niedziele, bo inne wege knajpy obok były zamknięte. Pierwszy raz spróbowałam wegańskiej pizzy! Mniam!

IMGP6280 IMGP6338 IMGP6281

Leniwa niedziela zaczęła się znowu od śniadania w Café Gerloczy. Potem spacer po mieście. Już tym razem mniej intensywnie, ale udało nam się zobaczyć inną stronę miasta. Pokręciliśmy się na miejscu, a potem poszliśmy na ta słynną węgierską strudle do First Strudel House. Naczytałam się o tych strudlach tyle, że na samą myśl mi ślinka ciekła i……. co za rozczarowanie… Dostaliśmy jakiś mały kawałek trochę tłustego ciasta z owocami. No naprawdę żadna rewelacja. A najlepsze jest to, że herbata, którą do tego zamówiliśmy była 3 razy droższa od samej strudli! Zdzierstwo pełną gębą. Naprawdę polecam znaleźć inne miejsce na lokalne przysmaki, albo w ogóle sobie darować strudle.

IMGP6332

Na koniec dnia, zaczęło się szukanie taksówki. Nie wiem jaki przelicznik mają Węgrzy, ale ceny które mieli w forintach nijak miały się do przelicznika w euro. Po dłuższym czasie udało się znaleźć takse, która była w miarę rozsądna cenowo i pojechaliśmy na lotnisko. Lotnisko spoko, sporo sklepów, mimo, że nie duże. Ale gate do naszego samolotu…. był na zewnątrz lotniska w jakimś hangarze! Haha, pierwszy raz coś takiego widziałam, a latam niemało. Może to specjalna odprawa tylko dla Belgii? Śmieszne doświadczenie. Zmęczeni wróciliśmy do brudnej i śmierdzącej Brukseli, pełnej bezdomnych ludzi i meneli. Ah jak ja tęskniłam….